Kategoria -

Podróże

Podróże Porady podróżnicze

Jak spakować się na kilkumiesięczny lub kilkudniowy wyjazd?

27 Views

Trzy miesiące w Bułgarii minęły w zastraszającym tempie. Jak dziś pamiętam mój strach przed wylotem, załatwianiem wszystkich formalności i… pakowaniem. Moją misją było spakowanie całego potrzebnego przez trzy miesiące życia dobytku w 25 kilogramach. W wyszukiwarce nie znalazłam żadnych podpowiedzi jak ten temat ogarnąć, a walizki ważyłam aż do ostatniej chwili aż w końcu zobaczyłam upragnione 10 (bagaż podręczny) i 15 (bagaż rejestrowany), dlatego dzisiaj nauczona doświadczeniem chciałabym Wam podpowiedzieć jak bezproblemowo spakować się na taki dłuższy wyjazd 🙂


1. Plan

Moi znajomi wiedzą, że lubię mieć wszystko zaplanowane z wyprzedzeniem, a co za tym idzie listę potrzebnych rzeczy miałam przygotowaną już pewnie zaraz po tym jak dowiedziałam się, że wyjeżdżam… 🙂 Dzięki temu miałam czas, żeby dokupić kilka przedmiotów i zaktualizować listę, kiedy coś nowego przyszło mi do głowy.


2. Lista

Lista przedmiotów będzie różniła się w zależności od długości i rodzaju pobytu, prognozowanej pogody i tego, co zamierzacie robić w tym czasie. Ja podaję Wam listę rzeczy, które zabrałam na trzy miesiące poza domem, z każdą możliwą pogodą. Podzieliłam ją sobie na działy i podkreśliłam te przedmioty, które musiałam dokupić, albo zapakować tuz przed samym wyjazdem tak, aby o niczym nie zapomnieć. Pierwotnie na liście miałam trochę więcej przedmiotów, koniec końców w 25 kilogramach zmieściłam 85% planowanych rzeczy.

Ubrania

Zasada w teorii jest dosyć prosta

– zabieramy ubrania, które możemy połączyć w wielu kombinacjach (dobrze sprawdzają się gładkie wzory i neutralne barwy – czarne, granatowe, białe, kremowe, szare), które się nie gniotą oraz takie, które będą dopasowane do warunków pogodowych. Podkreślam zasada jest prosta tylko w teorii, w praktyce chciałoby się zabrać ze sobą pół szafy. Jeśli nie potrafisz wyobrazić sobie danego elementu garderoby w kilku stylizacjach zastanów się, czy naprawdę go potrzebujesz.


– bielizna, skarpetki x 8

– koszulki i bluzki (w neutralnych kolorach, gładkie i w paski) x 6

 – koszule biała, niebieska, granatowa, kratka x 4

– spodnie (czarne i granatowe) x 2

– jeansy

– spodnie dresowe

– krótkie spodenki x 2

 – swetry zimowe x 3

– bluzy x 2

– skóra

– kurtka puchowa

– piżama

– czarna spódnica

– sukienki x 3

– pasek

– strój kąpielowy


Na miejscu dokupiłam tylko czapkę i rękawiczki, kiedy na początku grudnia spadł śnieg. W zależności od tego gdzie będziecie mieszkać, warto zastanowić się również czy warto zabierać ulubione ubrania. Ja zniszczyłam wszystkie białe ciuchy, wszystkie w stanie idealnym założone tylko raz przed pierwszym praniem – akademikowa pralka niestety nie podołała wyzwaniu.

Buty

– klapki

– botki

– baleriny

– buty sportowe

– buty do ćwiczeń

– crocsy


Elektronika

– suszarka

– lokówka

– telefon, laptop, aparat, iPod + ładowarki

– pendrive 

Zajęcia

– stetoskop

– fartuch

– scrubsy (ubranie zmienne na chirurgię i anestezjologię)


Na miejscu dokupiłam zeszyty, długopisy, zakreślacze i młotek neurologiczny. Niepotrzebnie zabrałam ze sobą prawie dwukilogramowe kompendium medycyny, okazało się, że Internet, wykłady oraz książki w bibliotece bez problemu wystarczyły żeby przygotować się na zajęcia i egzaminy.

Biżuteria 

– zegarek 

– zegarek do biegania 

– kolczyki


Sport 

– kurtka przeciwdeszczowa

– bluza na długi rękaw

– 3 koszulki

– spodenki

– 2 pary leginsów

– 2 staniki sportowe

– rękawiczki


Kosmetyki

Tutaj warto zastanowić się jakie są ceny w kraju, do którego jedziecie. Bułgaria jest stosunkowo tania, dlatego warto wziąć końcówki, albo próbki kosmetyków, które wystarczą na pierwsze kilka dni zanim wybierzecie się na większe zakupy. Jeżeli jedziecie do kraju, w którym ceny są dużo wyższe warto wziąć małe zapasy i absolutnie nie zapomnieć o lekach! W jednej z aptek w Rzymie usłyszałam cenę 20 euro za opakowanie tabletek przeciwbólowych!

– szczotka

– gumka do włosów

– szczoteczka do zębów

– kosmetyki i przybory do makijażu

 – resztki: szamponu, odżywki, płynu i płatków do demakijażu, kremu, perfum, pasty do zębów, dezodorantu, żelu pod prysznic i wszystkiego, czego potrzebujecie aby przetrwać pierwsze dni

– leki (podczas wyjazdu miałam zatrucie pokarmowe, ciągłe przeziębienia i dwie reakcje alergiczne – takiego zestawu chorób nie przeżyłam nigdy w przeciągu 3 miesięcy w Polsce, więc jak widać naprawdę warto wyposażyć się w leki na każdą możliwą ewentualność)


Torby

– plecak

– torba bawełniana

– to mój najlepszy podróżniczy patent, torba mieści zeszyty A4, fartuch, buty, portfel, telefon, stetoskop, a przy tym ważny tyle co piórko i zajmuje naprawdę niewiele miejsca!- mała, czarna torebka na wyjścia


Inne

– kalendarz 

– portfel

– dokumenty (potwierdzenie ubezpieczenia, paszport, dowód)

– okulary przeciwsłoneczne i korekcyjne

– karta pokładowa


3. Wskazówki

Przy zakupie walizki warto wybrać taką, którą możemy zamknąć własnym kodem, najlepiej z poliwęglanu – co gwarantuje trwałość i odporność na uszkodzenia. Dobrze jest obejrzeć wnętrze walizki pod kątem jej pakowności, a jeżeli latacie tanimi liniami lotniczymi – dokładnie sprawdzić jakie wymiary może mieć Wasz bagaż. Na lotnisku nie zdarzyło mi się jeszcze, aby pracownicy sprawdzali ten parametr bardzo dokładnie, ale myślę, że wszystko zależy od tego do jakiego kraju podróżujecie oraz jak bardzo „na oko” Wasz bagaż odbiega od normy 🙂

Na przykład w samolotach Ryanair:
„Każdy pasażer* może wnieść na pokład jedną torbę podręczną o wadze do 10 kg i maksymalnych wymiarach 55 x 40 x 20 cm oraz 1 małą torebkę o maksymalnych wymiarach 35 x 20 x 20 cm.” 


Polecam jednak zmierzyć i zważyć bagaż przed wylotem, przeczytać co możecie ze sobą zabrać, a co jest zabronione – dla spokoju ducha i zaoszczędzenia sobie niepotrzebnego stresu. 

Przed wyjazdem można zrobić rozeznanie wśród osób, które już w tym miejscu były, lub zapytać pracowników hotelu. Ja dowiedziałam się, że nie będę potrzebowała pościeli i ręczników, dzięki czemu zaoszczędziłam sporo miejsca. Jeśli jedziecie na Erasmusa, to warto wziąć ze sobą nawet 10 zdjęć legitymacyjnych, będziecie wyrabiać dużo dokumentów i lepiej załatwić to wcześniej, niż potem szukać fotografa po okolicy, której jeszcze całkowicie nie znacie.


Ubrania warto zwijać w rulony, zamiast układać w kostkę – nie gniotą się tak i zajmują zdecydowanie mniej miejsca. Układanie warto zacząć od butów, ułożyć je przy ściankach walizki (do środka można włożyć skarpetki), następnie położyć kosmetyczki, suszarkę i pierwszą warstwę ubrań. Ja na sam spód daję rzeczy mniej podatne na pogniecenie (spodnie, swetry), a na wierzch te bardziej delikatne.


Jeżeli wybieracie się tylko z bagażem podręcznym, pamiętajcie, że obowiązuje limit płynów. Każdy produkt o maksymalnej objętości 100 ml, powinien zostać zapakowany do przezroczystej, zamykanej torebki, a łączna objętość płynów nie może przekroczyć 1 litra. Oczywiście tusz, korektor czy krem również zaliczany jest do płynów. Te zasady nie obowiązują w przypadku bagażu rejestrowanego, dlatego jeśli podróżujecie z dwoma walizkami, warto kosmetyki wrzucić właśnie tam i nie przejmować się ograniczeniami.


Jeśli odłożyliście już wszystkie zbędne rzeczy i zostały Wam tylko takie, bez których absolutnie nie możecie się obejść, a mimo wszystko dalej przekraczacie limit wagowy, możecie nałożyć na siebie trochę większą ilość ubrań niż normalnie. Ja do kontroli we wrześniu założyłam na siebie bluzę, skórę i kurtkę puchową i wierzcie mi – to nie był wcale szczyt szaleństwa. Podobno ludzie latają nawet w butach narciarskich (!).
Sprawa pakowania jest jeszcze prostsza jeśli jedziecie z kimś bliskim. Pakowanie warto podzielić – Ty bierzesz suszarkę i laptopa, inna osoba kosmetyki i ładowarkę. Przydaje się szczególnie jeśli zamierzacie podróżować tylko z bagażem podręcznym, a każdy milimetr miejsca jest na wagę złota.

Podróże

Rzym w 3 dni – plan zwiedzania

15 Views

Rzym to przepiękne miasto, a zobaczenie wszystkiego w trzy dni jest oczywiście misją nie do wykonania. Mimo wszystko udało nam się zobaczyć wszystkie najbardziej znane zabytki i myślę, że przejście opisanymi przeze mnie trasami dostarczy Wam niesamowitych wrażeń.

Dzień I

W hotelu zameldowaliśmy się około godziny 14. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od spaceru wzdłuż rzeki Tyber. Jest to świetnie miejsce do biegania i trzeba przyznać, że w Rzymie jest naprawdę sporo aktywnych ludzi. 

Idąc wzdłuż rzeki dotarliśmy do Zamku św. Anioła, wzniesionego w 139 roku. W pierwotnej wersji zamek pełnił funkcję mauzoleum, znajduje się tam grobowiec cesarza Hadriana oraz jego następców. W średniowieczu zamieniono go w fortecę, a w czasach renesansu na luksusowy apartament papieski i skarbiec Państwa Kościelnego. W 1277 roku zbudowano ukryty korytarz z murem obronnym łączący Zamek św. Anioła z Bazyliką w Watykanie. Korytarz przydał się trzysta lat później Klemensowi VII 🙂 Na szczycie zamku widzicie figurę archanioła Michała – została ona zbudowana w nawiązaniu do wizji papieża Grzegorza I Wielkiego. Zgodnie z legendą, kiedy zaraza pustoszyła miasto miał on zobaczyć nad Mazuoleum Hadriana postać archanioła chowającego miecz do pochwy, na znak ustania gniewu Bożego. Do Zamku prowadzi Most Aniołów, ozdobiony barokowymi rzeźbami Aniołów prezentujących narzędzia męki Chrystusa.

Kolejnym punktem na naszej mapie był Plac i Bazylika św. Piotra. Oba miejsca zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Plac był świadkiem najważniejszych wydarzeń historii Kościoła. Na pogrzebie papieża Jana Pawła II na placu zgromadziło się 300 tysięcy wiernych, poza placem aż 4 miliony pielgrzymów! Na placu znajduje się fontanna Berniniego, który zaprojektował również między innymi baldachim nad grobem św. Piotra w Bazylice Watykańskiej, Fontannę Czterech Rzek na Placu Navonna, oraz stworzył znane na całym świecie rzeźby takie jak Ekstaza świętej Teresy czy Dawid.

Widzicie tę kolejkę na zdjęciu? Wierzcie mi, że jest krótka w porównaniu do tego co dzieje się w Rzymie w sezonie. Sposobem na jej ominięcie oraz obejrzenie Bazyliki św. Piotra w spokoju i z należną temu miejscu powagą, jest przyjście wczesnym rankiem. Potem Watykan roi się od przewodników próbujących wcisnąć Wam wycieczkę, sprzedawców niemalże wpychających selfie sticki do oka i Azjatów robiących sobie zdjęcia co 10 sekund. Bazylika jest drugim największym kościołem na świecie. Jej budowa zajęła 120 lat (prace zostały ukończone w 1626 roku), wedle tradycji stoi na miejscu pochówku świętego Piotra, pierwszego papieża. W Grotach Watykańskich znajduję się sarkofagi innych papieży (z wyjątkiem Jana Pawła II, jego sarkofag zajmuje szczególne miejsce we wnętrzu bazyliki), znane rzeźby takie jak Pieta Michała Anioła oraz przepiękne barokowe ołtarze.

Dzień II

W tym dniu udało nam się zobaczyć większość najważniejszych atrakcji Rzymu. Zwiedzanie zaczęliśmy od zobaczenia Schodów Hiszpańskich.Pamiętacie to miejsce z filmu Rzymskie wakacje? 🙂 Schody prowadzą z Placu Hiszpańskiego do kościoła Trinita dei Monti i mają 138 stopni. W moim odczuciu charakteru nabierają nocą, kiedy stają się miejscem spotkań towarzyskich.

Uroczymi uliczkami obfitującymi w domy mody najlepszych projektantów dotarliśmy do Fontanny di Trevi. Zgodnie z legendą, wrzucenie do fontanny (przez ramię) monety gwarantuje powrót do Rzymu, wrzucenie dwóch monet – romans, a trzech – ślub. Monety są później wyławiane, a zebrane pieniądze przeznaczane na remonty zabytków. Fontanna jest absolutnie przepiękna, podobnie jak Schody Hiszpańskie szczególnie urzekła mnie nocą. Jej nazwa pochodzi od imienia Trevia, czyli dziewczyny, która odkryła źródło wody wykorzystane przy budowie akweduktu.

Panteon, czyli z greckiego miejsce poświęcone wszystkim Bogom. Został wybudowany w 125 roku. 125! Prostota, regularność budowli oraz jej wysokość (44 m) sprawiają, że ma ona bardzo majestatyczny charakter i robi ogromne wrażenie. W okresie renesansu odnawianiem Panteonu kierował sam Rafael Santi. Wejście do środka jest darmowe, nie ma kolejek.

Ołtarz Ojczyzny, pomnik Wiktora Emanuela II – znajduje się na Placu Weneckim. W świadomości Włochów upamiętnia jedność i wolność ich ojczyzny. Budowa została ukończona w 1925 roku, autorem projektu jest Giuseppe Sacconi. Artysta pragnął przedstawić kraj w sposób alegoryczny odwołując się do geografii Półwyspu Apenińskiego. Z górnego tarasu rozciąga się przepiękny widok na panoramę miasta, a pomnik Wiktora Emanuela II (pierwszego króla zjednoczonych Włoch) robi ogromne wrażenie.

Następnie skierowaliśmy się w stronę Forum Romanum, czyli politycznego, religijnego i towarzyskiego ośrodka starożytnego Rzymu. Teraz oczywiście pozostały już tylko szczątki jego dawnej świetności. Niedaleko znajduje się pomnik wilczycy karmiącej Romulusa i Remusa. Według mitologii Romulus zbudował później Rzym.

Ostatnim punktem na mapie podróży drugiego dnia było Koloseumczyli amfiteatr wzniesiony w 80 roku. To, że takie majestatyczne i dopracowane budowle powstały bez użycia maszyn tak wiele lat temu i zachowały się dziś, robi na mnie największe wrażenie. Żeby wyobrazić sobie jego wielkość, podpowiem Wam że zmieściłoby się tam 50 tysięcy widzów. Odbywały się tutaj walki gladiatorów, igrzyska, Koloseum było też miejscem prześladowań chrześcijan, dlatego od XVIII wieku w Wielki Piątek odbywa się tutaj droga krzyżowa.

Dzień III

Tak jak wspominałam, poranek spędziliśmy na zobaczeniu Bazyliki św. Piotra. Następnie udaliśmy się wzdłuż rzeki na spacer po Zatybrzu (Trastevere), czyli jednej z dzielnic Rzymu. Muszę przyznać, że to miejsce spodobało mi się najmniej. Myślę, że zdecydowanie bardziej klimatyczne staje się nocą. Nie znajdziecie tutaj żadnych majestatycznych budynków, jest za to sporo restauracji, małych, wąskich uliczek i pubów. Być może w sezonie jest to dobre miejsce, aby odpocząć od zgiełku miasta i napić się kawy.

Z Trastevere udaliśmy się na Plac Kawalerów Maltańskich (Piazza Cavalieri di Malta), aby podejrzeć co dzieje się w Bazylice św. Piotra przez dziurkę od klucza. Pomysł naprawdę innowacyjny, dobrze, że do bramy stała mała kolejka, inaczej moglibyśmy całkowicie przegapić ten ukryty na wzgórzu Awentyn punkt widokowy. Plac znajduje się nieco poza dodaną przeze mnie na początku mapą, niedaleko Koloseum. Na mapie którą otrzymacie w Rzymie szukajcie po prostu Piazza Cavalieri di Malta. Panoramę Wiecznego Miasta podziwialiśmy również z placu należącego do kościoła św. Sabiny (200 metrów od poprzedniego punktu wycieczki), należącego do Ogrodu Pomarańczowego.

Wieczorem wybraliśmy się do lodziarni Frigidarium, celowo nadrabiając drogi aby zobaczyć ponownie widziane już zabytki, ale nocą. Do grona nowości dołączył tylko Plac Navonna (na ostatnim zdjęciu), na którym znajdziecie fontannę o której pisałam już wcześniej. Zobaczcie sami jak pięknie wygląda Rzym nocą! 🙂

To już wszystko, mam nadzieję, że podobała Wam się wirtualna podróż po Rzymie i kiedyś podążycie naszymi szlakami w rzeczywistości 🙂 A może byliście już kiedyś w tych miejscach? Jak Wasze wrażenia? 🙂

Podróże Porady Dietetyczne

Zdrowe jedzenie na drogę

19 Views

Mój wyjazd już w poniedziałek, powoli czas zacząć się pakować. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od rozmyślania co będę jadła w podróży 🙂 Dzięki temu zdążyłam zamówić sobie na Senza.pl produkty, które umilą mi drogę i… kubki smakowe 😉

Przy planowaniu prowiantu należy wziąć pod uwagę między innymi czas podróży, cel oraz środek transportu, a także panujące za oknem warunki atmosferyczne. Ja będę lecieć samolotem, dlatego nie chciałam brać ze sobą pudełek. Zapakowałam za to:
Wafle ryżowe – do kupienia w każdym sklepie, sprawdzą się w każdych warunkach, nawet jeśli jedziecie na bezludzie, bo nie wierzę, że zjecie wszystkie na raz 😀 Zostaną Wam na jeszcze kilka dni. Po otwarciu długo smakują nadal tak samo, idealne na słodko, z powodzeniem zastąpią chleb, dlatego są zawsze ze mną 🙂

Czekoladki – coś co nazywa się Rochers Coco nie może być niesmaczne 🙂 Kiedy zobaczyłam je na stronie od razu skojarzyłam je z moim przepisem na Zdrowe Bounty i wiedziałam, że muszą znaleźć się w moim bagażu podręcznym <3

Orzechowy sen o cynamonie? Trzymajcie mnie, bo nie wiem czy opakowanie wytrzyma do poniedziałku 😀 Jeśli macie chęci zrobić coś podobnego sami, to zerknijcie na mój przepis na kulki mocy

W podróży nie możemy zapomnieć o nawodnieniu 🙂 Na czas dojazdu do lotniska zabieram ze sobą napój Little Miracles o smaku trawy cytrynowej, soku pomarańczowego, imbiru i żeńszenia. Ma właściwości pobudzające, więc świetnie sprawdzi się jeśli jesteście kierowcami. W 100 ml ma tylko 26 kcal, dlatego jest całkiem niezłą alternatywą dla wody mineralnej.

Batonik Lifebar ten o smaku kokosowym to mój ulubiony.  Uwielbiam batony typu raw, oprócz tego, że świetnie sprawdzają się w podróży, to genialnie smakują po treningu. Nie jest mdły, w składzie ma tylko daktyle, kokos, migdały, nerkowce i olej kokosowy. Pycha!

Banany w czekoladzie – oczywiście bez cukru 🙂 Słodycz banana idealnie zrównoważona gorzką czekoladą. Lekkie, poręczne opakowanie, bardzo dobry skład a całe opakowanie ma ok. 300 kcal. W sam raz na raz 🙂

Kolejny must have w mojej wyjazdowej torbie to mieszanka studencka. Orzechy sprawdzą się zawsze i wszędzie – nie roztopią się, świetnie smakują solo czy jako dodatek do jogurtu. Podobnie jak suszone daktyle, które często zjadam przed porannym treningiem 🙂

A Wy jakie produkty zabieracie ze sobą na wyjazdy? Pudełka, kanapki czy gotowe produkty? Udaje Wam się trzymać dietę na wyjazdach? 🙂

Podróże

Czy warto jechać na Erasmusa?

14 Views

Od mojego przylotu do Bułgarii minął równy miesiąc. W związku ze zmniejszoną aktywnością na blogu (za co bardzo przepraszam, ale chcę jak najintensywniej wykorzystać mój czas tutaj) zaczęły napływać wiadomości „Ewa, co u Ciebie? Jak Ci na tym Erasmusie?”. Dzisiaj kilka słów podsumowania ostatniego miesiąca i odpowiedź na pytanie czy warto pokusić się na semestr studiów w innym państwie :).


DLACZEGO WYJECHAŁAM?Od zawsze chciałam studiować za granicą. W liceum zdałam maturę międzynarodową, ale kiedy przyszło do składania dokumentów na studia, po prostu nie mogłam zostawić mojego (wówczas jeszcze) chłopaka i tak po prostu wyjechać. Koniec końców zostałam przyjęta do grona studentów Poznańskiego Uniwersytetu Medycznego, a szczęśliwym zrządzeniem losu mojemu narzeczonemu udało się w tym samym roku przenieść na tę samą uczelnię. Żyłam tak sobie ostatnie trzy lata i za każdym razem w okolicach lutego, gdy odbywała się rekrutacja na wyjazd w ramach programu Erasmus z tyłu głowy tliła mi się myśl – A może by tak spróbować i wyjechać chociaż na jeden semestr?

„TO BYŁA NAJLEPSZA DECYZJA W MOIM ŻYCIU” Z pomocą przyszło kolejne zrządzenie losu. Na zajęciach z urologii dosiadła się do mnie koleżanka, która właśnie wróciła z Plovdiv i z błyszczącymi oczami opowiadała o swoim pobycie w Bułgarii. „To była najlepsza decyzja w moim życiu!” – usłyszałam kilkukrotnie podczas tej rozmowy i nie mogłam przestać o tym myśleć. Tego samego dnia wróciłam do domu z decyzją, że chcę spróbować i opowiedziałam o wszystkim narzeczonemu. Myślałam, że zaprotestuje, spodziewałam się sprzeciwu, a usłyszałam „Zawsze chciałaś studiować za granicą, nie chcę żebyś kiedykolwiek żałowała, że czegoś w życiu przeze mnie nie zrobiłaś, spełniaj swoje marzenia”. Mówiłam już, że mam najwspanialszego (!!!) mężczyznę na świecie? Zadzwoniłam do rodziców, którzy upewnili mnie w przekonaniu, że zajmą się Lucjanem podczas mojej nieobecności (o ile dam radę go udźwignąć po tych kilku miesiącach u dziadków ;)), więc pozostało mi już tylko złożyć dokumenty.

JAK WYGLĄDA REKRUTACJA? Rekrutacja na pewno wygląda inaczej na każdej z uczelni, na mojej aby wyjechać należy przedstawić średnią ocen ze wszystkich lat studiów (minimum 3,5), osiągnięcia (publikacje, wystąpienia podczas konferencji), potwierdzić znajomość języka (certyfikatem lub oceną z egzaminu w Studium Języków Obcych), napisać list motywacyjny… i czekać na decyzję.

W końcu przyszedł moment, w którym otworzyłam skrzynkę mailową i znalazłam swoje nazwisko na liście zakwalifikowanych. Potwierdziłam swoje uczestnictwo, kupiłam bilet do Sofii i wiedziałam, że nie ma już odwrotu 😉 Im bliżej było do mojego wylotu, tym bardziej radosne oczekiwanie przeplatało się z nutką wątpliwości. W końcu po kilkunastu próbach zmieszczenia się w kilogramowym limicie bagażowym byłam gotowa do wyjazdu.

DLACZEGO AKURAT BUŁGARIA? a) zajęcia odbywają się po angielsku b) znam kilka osób, które były tutaj przede mną (słyszałam same dobre opinie) i mogłam w każdej chwili zapytać je o poziom nauczania, warunki mieszkalne, niezbędne do zabrania rzeczy itd. c) jest tania w stosunku do reszty Europy (waluta to lewy, 1 LB = ok. 2,20 PLN), ceny są bardzo podobne do polskich d) wiedziałam, że nie będzie problemu z przepisaniem ocen z egzaminów zdanych w Bułgarii (czasami uczelnie wymagają ponownego zdania egzaminu w Polsce jeśli liczba godzin różni się w znacznym stopniu)

ZALETY Moim zdaniem największym plusem wyjazdu jest poznanie ludzi z całego świata. A Erasmusi to bardzo otwarci i przesympatyczni ludzie! W gronie moich znajomych wylądowali ludzie z Francji, Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Czech, Jordanii, Grecji, Syrii, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Brazylii, Macedonii, Turcji, Luksemburga, Holandii, Bułgarii i Niemiec. Każdy z nich jest wyjątkowy na swój sposób, ma inny talent, inne zwyczaje, wywodzi się z innej kultury, co jest absolutnie niesamowite. Oczywiście wyjazd to okazja aby podszkolić swoje umiejętności językowe. Nie tylko słownictwo specjalistyczne, ale jest to również szansa, aby przełamać barierę komunikacji w obcym języku (ja akurat nie miałam tego problemu, ale mam kilku znajomych Włochów, którzy przyjechali z baaardzo podstawową znajomością języka i z każdym dniem idzie im coraz lepiej).

Wyjazd uczy odpowiedzialności i organizacji, tysiące kilometrów od domu, obcy język, inne zwyczaje i jesteś zdany tylko na siebie. Ja odkryłam w sobie duszę podróżnika – chcę zobaczyć jak najwięcej i ciągle wyszukuję nam nowe miejsca do zwiedzania, a weekend spędzony w akademiku uważam za stracony. Nauczyłam się szukać tanich lotów i tym sposobem we wtorek lecę do domu 😀 (miesiąc rozłąki to za dużo!), dwa tygodnie później znajomi przylatują do mnie, a na początku grudnia lecimy do Rzymu :). Odkryłam też, że nie potrzebuję całej szafy ubrań, żeby mieć w co się ubrać, a 25 kg rzeczy wystarczy żeby przetrwać jeden semestr poza domem. Trzeba przyznać, że Erasmus stwarza idealne warunki do imprezowania. Szczególnie jeśli postanawiasz zdawać mało przedmiotów, dwulitrowe piwo kosztuje niecałe 6 złotych, a z centrum możesz wrócić taksówką za 8 złotych.

Mój plan jest wypełniony po brzegi (chciałam mieć jak najwięcej czasu na przygotowania do ślubu po powrocie), ale daję radę bez problemu pogodzić to życiem towarzyskim i treningami. Trzeba przyznać, że jesteśmy trochę uprzywilejowani na zajęciach 🙂 Mimo wszystko staram się na bieżąco przygotowywać i uczyć, żeby nie wrócić do Polski z zaległościami. Wiele osób którym mówiłam o moim wyjeździe pukało się w czoło i pytało po co mi taki wyjazd przed ślubem. A rozłąka potrafi zadziałać wręcz przeciwnie – już nie mogę się doczekać kiedy w końcu zobaczę się z Kubą, a każda rozmowa na skype to niemal jak pierwsza randka ;). Jestem tutaj dopiero miesiąc, ale na razie jedyną rzeczą której żałuję, jest to, że nie pojechałam na Erasmusa szybciej. Wtedy mógłby to być już mój drugi wyjazd i mogłabym zobaczyć jeszcze więcej, poznać jeszcze więcej osób! Jeśli się wahasz – jedź. Być może to ostatnia szansa na taki beztroski wyjazd, kiedy nie musisz martwić się pracą, dziećmi i pieniędzmi.

WADY Jedyną wadą samego wyjazdu jak dla mnie jest tęsknota za bliskimi. Jeśli chodzi o Bułgarię, to pierwsze wrażenie może być mało korzystne. Okropne chodniki (na których nietrudno stracić zęby), niektóre budynki przypominają te, które mieliśmy jakieś 20 lat temu w Polsce, brak brodzików (kąpiel = woda wszędzie), toalety „dziura w podłodze” (na szczęście spotkałam taką tylko raz na dworcu w Warnie), a nasze śniadanie przygotowane przez właściciela hostelu składało się z rogalików Seven days i ciastek z pudełka. Dla mnie największym minusem życia w Bułgarii jest jedzenie – bardzo tłuste, w każdym daniu jest mnóstwo masła, oleju, sera, przyprawy nie do końca trafiają w moje kubki smakowe, a makaron jest zawsze rozgotowany.

W akademiku nie ma lodówki, ani kuchni. Istnieją za to stołówki (również na uczelni) z bardzo tanim jedzeniem. Za obiad składający się z dwóch dań z deserem można czasami zapłacić nawet mniej niż 10 złotych. Oczywiście zdrowego jedzenia tam za bardzo nie dostaniemy. W weekendy jadamy w restauracjach, ale i z tym należy uważać (jedną wizytę w knajpie odpokutowałam potężnym zatruciem pokarmowym, a brzuch bolał mnie jeszcze przez tydzień). „Normalne” pieczywo dostępne jest tylko w Kauflandzie i Lidlu, w przydrożnych piekarniach można kupić całą gamę albo bardzo słodkich, albo bardzo tłustych bułek czy pizzę sprzedawaną na kawałki. Na przystankach autobusowych nie ma rozpiski – nigdy nie wiesz kiedy przyjedzie Twój autobus i kiedy musisz wyjść na zajęcia. Koniec końców do wszystkiego można się przyzwyczaić, szczególnie jeśli w grę wchodzi cała masa plusów, które wymieniłam wcześniej 🙂

Jeśli macie jakieś pytania to zachęcam do komentowania, chętnie odpowiem! 🙂 Chcielibyście poczytać więcej na temat mojego wyjazdu? Miejsca w Bułgarii, które warto zobaczyć, o czym warto wiedzieć przed przyjazdem do Bułgarii, jak spakować się na półroczny wyjazd? Czekam na Wasze opinie!